Fragmenty Pamiętnika (wybór, śródtytuły Anna Kuźniar-Sobek)

Beztroskie lata dzieciństwa

  Pomnąc domek mój rodzinny, w  którym ja się wychowałem

  wiek dziecięcy, niemowlęcy, światło dzienne tu ujrzałem.

  Tutaj matka w serce moje wszczepia pierwsze prawdy wiary.

  Nad chałupą,  słomą krytą, wznosi się w górę głaz, szary.

  Sadek w grusze i jabłonie, wiśnie, śliwki jest obfity,

  I corocznie prawie dawał  czysty dochód, znakomity.

  Strumyk, w kamiennym łożysku, swoim wesołym mruczeniem

  pierwsze lata mi osładzał.Także i ptaszki kwileniem

  co mając gniazdka w gaiku, słowiki, drożdze i kosy

  wygwizdują wieczorami melodyją pod niebiosy...

 

Mały Antoś wnikliwym obserwatorem życia

   Tam, pomiędzy psem, a kotem doszło do gwałtownej zwady.

   Gdyż pies się w słońcu wygrzewał, umoczony w rannej rosie,

   kot, figlując wokół pieska, trącił go łapką po nosie.

   Brat mój  starszy, jako sędzia, miejsce w tym sporze zajmuje,

   natychmiast psa z łańcucha spuszcza i kota  niecnotę szczuje,

   lecz kot, widzi co się świeci, obrał fortece na drzewie,

   tyłek pieskowi pokazał i do dziś  dnia, przez to, w gniewie...

 

Jak każdy mały chłopiec

    ... robię łuk i cięciwo, wielkim żołnierzem się czuje.

    Kilku chłopców, w równym wieku, sformował jako załoga.

    Każdy z łukiem i strzałami czatował  cicho, na wroga.

    Na dany przeze mnie sygnał, rozsypa się tyraliera

    i wali z łuków do celu, a potem naprzód napiera...

    Wtem nas, matka atakuje. Cóż znowu za awantura?

    Wy nicponie! Wy gałgany! Padła mi od strzałów kura!

    Ja przed nią skapitulował, chcąc odwrócić jej gniew srogi,

    a mój zastęp rzucił zbroje i przez sady, płoty, w nogi...

 

Marzenia o architekturze

    Cóż tu począć, zwyciężony. Skutkuje matki recepta.

    Rzuciłem z płaczem wojaczke a bawię się w architekta,

    buduje domy, kościoły, aż pół metra wysokości.

    Brat niweczy moje dzieło, kopiąc nogą, będąc w złości.

    Ja, by zakończyć tę budowe zmieniam brata pozycyje,

    by złagodniał, tygodniowo wypłacam  mu kontrybucyje!....

 

Czas do szkoły

   Sześć latek mi upłyneło, do szkoły się chodzić godzi,

   tak do szkoły mię ludowej, wkrótce ojciec zapisuje.

   Elementarz i tabliczkę czarną z łupku mi kupuje,

   oraz do pisania rysik, gąbkę znowu do ścierania.

   Więc zamiast po dworze gonić, zabieram się do zadania.

   Nauczycielka zadała kreślić skośne i pionowe, poziome

    kreski rysikiem, co ja nad tem łamie głowe.

    A gdy kolejno nadeszły  cyfry oraz abecadło,

    za niedbalstwo gdy gromkich słów  z ust nauczyciela, padło,

    nie miałam drogi wyjścia. Więc się biorę do rysika

    i pociągam po tabliczce: i, u, o, a, e, pomyka.

 

Pierwsze sukcesy

     Choć  koszlawe, nauczyciel uczni dla zachęty chwali,

     więc się cieszą, poprawiając litery uczniowie mali...

     I tak schodzą dnie, tygodnie, pół roku w nauce zeszło,

     a co było pierwej trudnem, to teraz z łatwością przeszło.

     Że tabliczka wraz z rysikiem tak przeze mnie ulubiona,

     zeszytami, atramentem i piórami zastąpiona.

     Lecz nie zawsze z tem postępem dobrze się uczniowi dzieje,

     zeszyt zbrudzi, pióro złamie, atrament nieraz wyleje.

     Co więc z tego wielka przykrość, bo ojciec bada przybory,

     gdy co braknie, to po zadku, był do tego bardzo skory...

     Czas upływa w dalszym ciągu, egzamin roczny nadchodzi,

     aby sprawdzić moją pilność, ojciec do szkoły przychodzi.

     Postęp, dobry! Odczytuje nauczyciel nasz ludowy.

     W nagrodę za moje trudy, otrzymuje piórnik nowy!

 

Blaski i cienie szkolnego życia

     Co uciechy! Czy z piórnika? Nie! Tylko, że wakacje.

     Teraz ruchu i wolności przez dwa miesiące użyje ...

     Znów nadchodzi roczek szkolny, trzeba wypełniać zadania,

     nauczyciel teraz stawia coraz to większe żądania,

     geografie i rachunki, rysunki i historje.

     Jak nie umie czego dobrze, to pod ławe się ukryje.

     Do tego byłem zuchwały, przez pauze stargałem mape

     I dostałem trzcziną w ręke, co to nazywali, w łape...

     Z tego mi wymiaru kary, ja widocznie skorzystałem,

     bo słuchałem jego uwag, do dwóch lat, dobrze pisałem

     i czytanie mi szło gładko, więc pod ławę się nie kryłem,

     geografia zajmowała, z historyi się cieszyłem,

     a rachunki trochę cięższe, lecz się dobrze wywiązałem,

     znów nagrode, w końcu roku, od Katechety dostałem...

     Trzeci rok był mi wesoły, współuczniom odpisywałem,

     mapki maleńkie rysował, za co, dobrze zarabiałem...

 

W kopalni                        

     Raz,w niedziele, list pisałem, do rodziców, w nasze strony,

     że zawsze, czysto po polsku, pisać byłem nauczony,

     zacząłem: Świętochłowice, dnia, mi już niepamiętnego,

     I tak dalej, opisuje, o wszystkiem do ojca mego.

     Wtem, wchodzi schlafmeister do nas, najprzód, do mnie przystępuje,

     Świętochłowice, w mym liście  tłustem pismem, odczytuje.

     Zaraz zawrzał wściekłą złością: Co to za Świętochłowice?

     Nazywa się Schwientochlowitz! Zresztą, idź se za granice

     na cesarską! A ja mówię, list piszę do ojca mego,

     który przecież jest Polakiem, nie zrozumie niemieckiego.

     A  Schwientochlowitz z niemiecka, co w polskiej nie stoi mapie,

     więc ojciec to nie znalezie. Schafmeister się w głowę drapie.

 

U adwokata w Liszkach

    Adwokat się zapytuje: Jaki kontrakt, czy zapisu?

    Ja mówię: Kupna –sprzedaży , by uniknąć kompromisu.

    Lecz adwokat mówi na to: Do kupna jeszcześ za młody,

    musisz sobie lat dokupić,  co wymaga ojca zgody.

    Ja się zgadzam: Ojciec mówi; a więc w Sądzie dokupiłem

    pięć lat, każdy po pięć koron, no i, pełnoletni byłem...

     

W czasie urlopu odwiedza swoją przyszłą żonę

    Pierwsze,  po moim przyjeździe, do Anieli pobieżałem wieczorem,

    z  wszystkimi w domu, grzecznie, się tam przywitałem.

    U niej, przez ten czas mej służby, nie zaszło wcale nowego nic.   

    Najwięcej chyba tyle, że miała zmartwienie z tego,

    że byłem chory, w szpitalu, bo po jej listach poznałem,

    że współczuła biedę ze mną. Przez to ją też, tak kochałem

    jak nikogo, nigdzie w świecie. O tem, że mnie też kochała

    cała wioska, doskonale, Czułów i Rybna wiedziała,

    bo w ostatnim czasie, dużo o rękę jej się starali

    chłopcy porządni, nie biedni i żenić się planowali.

    ....ale ona była wierna, taka stała, że wszystkim

    wprost, odmówiła, jedynie na mnie czekała.

 

    Co najpierwsze, u Anielci, dużo  na mnie podziałało

    to, że była urodną. I wszystko się tam znajdowało zawsze

    w najlepszym porządku. Chociaż to prawda ubogo

    ale, że na swoim miejscu wszystkie sprzęty, i chędogo.

    Drugie, była pracowitą, nawet ciężko pracowała,

    i swą matkę chorowitą i brata utrzymywała...


(oprac. Anna Kuźniar-Sobek)